Home / 40 lat ZPAS / Z życia ZPAS wzięte…

Z życia ZPAS wzięte…

Może to magia mijającego właśnie 40-lecia istnienia firmy? A może potrzeba bycia razem, tak po prostu, jak kiedyś, nie tylko w pracy? A może chęć utrzymania kontaktu z zakładem i tymi, którzy jeszcze pracują? Jakby nie było, skrzyknęła się grupa pracowników, która spotyka się raz na jakiś czas w ładnym miejscu, przy dobrej kawie, gdzieś w najbliższej okolicy (na nadchodzące spotkanie wybór padł na Przygórze i zamiast kawy będzie pstrąg). Rozmawiamy wtedy o wszystkim. O tym, co bezpośrednio dotyczy nas, o tym co dzieje się w zakładzie, no i oczywiście o tym co było i pozostało już tylko w naszych wspomnieniach.

Portiernia była kiedyś w dolnej części zakładu. Jak ktoś nie był pracownikiem, to musiał mieć przepustkę jednorazową, aby wejść na jego teren. Taką przepustkę wtedy ręcznie wypisywał portier. Tylko, że pan portier nigdy nie miał okularów, jak się tłumaczył… Ale sumiennie wykonywał swoje obowiązki i pisał (?) bardzo szczegółowe reporty ze swoich obchodów. Lustrował teren, zaglądał do pomieszczeń. A jak czegoś dobrze nie widział przez okno, to stawał na jednej lub dwóch skrzyneczkach, no i była jeszcze dziurka od klucza, przez którą dało się to i owo zobaczyć. A czasem, jak wynikało z raportów było na co popatrzeć… oj było!

W ogóle sumiennych pracowników było sporo. Ogrzewanie było parowe, więc szuflowało się węgiel do pieca c.o. Ile palacz „naszuflował”, tak ciepłe były kaloryfery. Jeden z nich szczególnie przykładał się do pracy – na jego zmianie w środku najsroższej zimy trzeba było okna otwierać na oścież – tak było gorąco. Kierownik postanowił trochę „przyhamować sumienność” swojego pracownika. Tłumaczył więc, że ludzie skarżą się na zbyt wysoką temperaturę w pomieszczeniach, że też trzeba wziąć pod uwagę koszty ogrzewania i niepotrzebnie nie zużywać węgla, że ekonomia i racjonalność …. Rzeczony palacz wysłuchał grzecznie kierownika, a rozmowę skwitował tak: jak pan, panie kierowniku nie może mi zapewnić tyle węgla, żebym miał co robić przez całą zmianę, to niech się pan zwolni. W jakiś czas potem, na zakładowej wycieczce, powiedzenie to zostało sparafrazowane przez żonę owego kierownika – mój mąż nie jest w stanie tyle zarobić, żebym nie mogła tego wydać… Nadgorliwość i pośpiech, jak wiadomo, nie zawsze popłaca.

Jedna z pracownic tak się kiedyś spieszyła do pracy, że zamiast przejść przez portiernię ( nie było wtedy zegarów), do zakładu weszła przez dziurę w płocie – trafiając prosto „w ręce” swojego kierownika. Kierownik służbista wystąpił z wnioskiem o ukaranie. Pani w swoim odwołaniu od kary napisała: szłam szybko do pracy i napotkałam dziurę w płocie, to przez nią przeszłam, żeby być szybciej w pracy i szybciej przystąpić do swoich obowiązków… Kara się upiekła. Z dziurą – tym razem na zakładowej drodze jest jeszcze jedna historia. Z jakiegoś powodu została zdjęta pokrywa kanału. Idący tamtędy, zaaferowany rozmową pracownik zupełnie tego nie zauważył i spokojnie sobie do niej wpadł. Na szczęście pracownikowi nic się nie stało, ale trochę zniszczył sobie ubranie. Trzeba było jakoś tę stratę zrekompensować.
Bez zbędnych protokołów, podań i innych papierów zdecydowano (i uzgodniono z szefami), że owy pracownik zostanie wysłany w „delegację”. Jak postanowiono, tak zostało zrobione. Delegacja została wypisana i trafiła do szefa. Szef przeczytał, podpisał….. i po chwili zapytał: no dobrze, ale dlaczego akurat do Częstochowy? Zapewne dlatego, aby podobna historia nie przytrafiła się więcej roztargnionemu pracownikowi.
Anna Szczepan