Home / 40 lat ZPAS / Z życia ZPAS wzięte…

Z życia ZPAS wzięte…

Jubileuszowy rok dobiega końca, a tymczasem „spotkania raz na jakiś czas” przerodziły się w systematyczne (w drugą środę każdego miesiąca) pogaduchy. Początkowo kilkuosobowa grupa, na ostatnim w tym roku spotkaniu liczyła szesnaście osób. Tym razem bardzo miłe popołudnie spędziłyśmy – bo spotykają się tylko panie (?) w kawiarni Rycerska. Nie obyło się bez życzeń dla Baś i Bogusi, nawet z symbolicznym kwiatkiem – stroikiem świątecznym. No i oczywiście popłynęły wspomnienia. A że Święta tuż, tuż…
Kiedyś w działach pracownicy urządzali sobie mikołajki, obdarowując się drobiazgami nierzadko dowcipnymi – a nawet nieco złośliwymi. Przypomniał mi się fragment takiego wierszyka, który trafił do zaprzyjaźnionego działu z takimi drobiazgami…”dla Mareczka buteleczka, dla Grażynki papierosik, dla Marzenki także cosik”… Bywało też, że po zakładzie chodził Mikołaj z Krasnoludkiem i wielkim koszem cukierków. Potem jakoś tak wyszło, że przed Świętami każdy dział odwiedzał Prezes osobiście (oczywiście jako Prezes, nie Mikołaj). Wszyscy bardzo się starli, aby te spotkania były takie ciepłe i sympatyczne – aż chciałoby się powiedzieć rodzinne. Bo to oprócz tradycyjnej kawy i często domowego ciasta, i jakiś barszczyk (co z tego, że z torebki) sie pojawił, i jakaś świeczuszka przybrana bombką na biurku się świeciła. No i rozmawiało się nie tylko o „służbowych” sprawach. Przedświąteczne spotkania są do dzisiaj, ale takie jakby bardziej oficjalne…
A w klubowej sali co roku były zabawy mikołajowe dla dzieci. Musiał być prawdziwy Mikołaj, który każdemu dziecku osobiście wręczał paczkę, upewniając się czy aby na pewno było grzeczne. Przy stu pięćdziesiątym dziecku biedny Mikołaj czuł się tak spracowany, jak nie przymierzając górnik po szychcie w kopalni. Zawsze też przygotowanych było wiele zabaw, loteryjek i konkursów. Jakoś nikt nie pomyślał, że dzieci mogą oszukiwać. W ramach poczęstunku dzieci dostały pączki. Było zapowiedziane, że w jednym z pączków jest niespodzianka – los, z którym trzeba się zgłosić do pani prowadzącej zabawę, żeby otrzymać nagrodę. Pączki zostały zjedzone, los oczywiście się znalazł i szczęśliwe dziecko zostało obdarowane olbrzymim misiem. Jakież było zdziwienie organizatorów, kiedy po chwili pojawiło się drugie dziecko, oznajmiając poważnie, że los który był w pączku przez pomyłkę zjadło. „Pechowiec” otrzymał misia-maskotkę – bo dziecku trzeba przecież wierzyć… Zakładowy Mikołaj odwiedzał też dzieci w domach, wręczając paczkę smakowitych słodyczy. A kiedyś, o te smakowite słodycze wcale nie było łatwo. Cukierki do paczek liczyło się na sztuki, aby do każdej paczki starczyło… A teraz nie ma już zabaw z Mikołajem, ani wizyt Mikołaja w domach, ani w zakładzie. Coś przeszło – wydaje się bezpowrotnie – i chyba trochę żal.

Anna Szczepan