Home / 40 lat ZPAS / Wspomnienia o ZPAS – Lech Pawłowski

Wspomnienia o ZPAS – Lech Pawłowski

Autor: Lech Pawłowski.
Zwyczajni niezwyczajni.

W czerwcu 1968 r., po ukończeniu Technikum Mechanicznego w Kłodzku, z dyplomem technika rozpocząłem poszukiwanie pracy. W tym samym miesiącu rozpocząłem staż pracy w PKS w Nowej Rudzie, w charakterze dyspozytora.
Praca była lekka lecz mnie w ogóle nie pociągała. Po trzech miesiącach zatrudniłem się w Kłodzkiej Fabryce Urządzeń Technicznych w Kłodzku. Przez pół roku pracowałem jako tokarz na wydziale mechanicznym, następnie otrzymałem propozycję pracy w rozdzielni robót, na tym samym wydziale. Praca była na jedną zmianę, co mi odpowiadało, ponieważ do pracy dojeżdżałem. Mieszkałem w Jugowie. Praca ciekawa, dojazd traktowałem jak przygodę.
Pracowałem tam do marca 1975r. Kilka miesięcy wcześniej dowiedziałem się, że w Przygórzu powstał bardzo ciekawy zakład pracy. Już sama nazwa była niesamowita – Instytut Automatyki Systemów Energetycznych. 1 marca 1975r. za porozumieniem stron pomiędzy zakładami zostałem pracownikiem tego nowo otwartego zakładu.
Przyjęto mnie do Działu Kontroli Jakości, którego kierownikiem był mgr inż.
Zygmunt Kaszowski. Był on bardzo wymagającym szefem, ale sprawiedliwym. W razie wpadki swojego pracownika załatwiał sprawę w cztery oczy. Nie do pomyślenia byłaby sytuacja, żeby ktoś postronny mógł krytykować jego pracowników – szef wtedy ostro interweniował.
Odbiory jakościowe ( z mojej strony dotyczące produkcji typu mechanicznego; wtedy była też produkcja typu elektrycznego) dotyczyły konstrukcji typu szafy, pulpity, elementy po toczeniu i szlifowaniu. W użyciu były takie narzędzia pomiarowe, jak suwmiarki, miary, mikrometry, czujniki mikrometryczne, mikroskop warsztatowy.
Ponieważ centrum przysyłało nam do szlifowania na szlifierce bezkłowej wałki o tolerancji w granicach kilku mikronów, do mierzenia używany był transametr.
Elementy malowało się metodą tradycyjną na mokro. Była to metoda bardzo
pracochłonna, ponieważ po naniesieniu pistoletem natryskowym warstwy lakieru trzeba było elementy wygrzewać w piecu. Odbiory polegały na oględzinach i pomiarze grubości warstwy lakieru. Wymagania jakościowe były dość wysokie. W przypadku pulpitów i tablic do elektrowni Yatagan i Kemerkoy dla Turcji, były dodatkowe odbiory zewnętrzne wykonywane przez Polcargo. Miałem kiedyś w związku z tym takie zabawne zdarzenie na lakierni. Wilgoć w powietrzu powodowała kratery na powierzchni czołowej drzwiczek do stojaków, w związku z tym był bardzo wysoki odsetek detali wadliwych. Po odbiorze detali dobrych, resztę kazałem resztę ponownie pomalować i przedstawić do odbioru. Lakiernik Tadeusz Koc, nie był z tego zadowolony. Kiedy już wychodziłem z lakierni powiedział mi, abym uważał, jak będę wychodził z pracy, bo może mi coś spaść na głowę. Były to na szczęście tylko żarty.

W tym okresie miałem dużo wyjazdów na delegacje – głównie do zakładów energetycznych i elektrowni. W pamięci utkwił mi wyjazd służbowy do zakładów Mera Polna w Przemyślu. Kiedy już załatwiłem atesty na zawory ciśnieniowe do Upp -30, pożegnałem się z pracownikiem kontroli jakości i skierowałem do wyjścia, drogę zastąpił mi wartownik z karabinem. Okazało się, że oprócz zaworów, zakład ten produkował także części do czołgów. Na pytanie gdzie pracuję grzecznie odpowiedziałem, że w takim to a takim zakładzie w Przygórzu. „To takie samo gówno, co i u nas, bo nie ma co jeść” – usłyszałem z lekkim zdziwieniem w odpowiedzi.
To były czasy, kiedy zaczęły się kłopoty z żywnością. Jeżeli już jestem przy żywności, to przytoczę tutaj następujące zdarzenie: pewnego razu mój kierownik poprosił mnie, abym wystąpił w charakterze świadka przy podjęciu zobowiązania przez pracownika kontroli jakości Zdzisława Świstowskiego wobec kierownika zakładu inż. Władysława Gromka. Zdzichu, będąc chłoporobotnikiem, wychowa jednego świniaka dodatkowo i sprzeda go państwu. I takie zobowiązanie zostało podjęte. Po kilku dniach usłyszałem, że Zdzichu ma kłopoty. Został złapany na portierni podczas wywożenia osi do wozu. Na moje pytanie, czy został za to ukarany, ten wesoło odrzekł – „niechby tylko spróbowali, od razu świniak dostałby w łeb”. Takie to były czasy.
Trudna sytuacja w kraju znajdowała swoje odbicie w zakładzie; coraz częstsze stawały się wyłączenia prądu, z robotą też nie było za wesoło. Zaczęliśmy nawet produkcję drzwi garażowych. Jak na ironię, najnowsza ich wersja została kupiona przez spółdzielnię mieszkaniową w Nysie w liczbie 60 sztuk. Wszystkie uległy zniszczeniu podczas pamiętnej powodzi.
W 1989 roku, nastąpiło oddzielenie naszego zakładu od Centrum Naukowo- Produkcyjnego we Wrocławiu. Staliśmy się jednostką samodzielną. Wiadomo było, że nadszedł czas na radykalne pociągnięcia. Przedsiębiorstwa państwowe stawały się przeżytkiem. Jednak czasy były niepewne. Właściwie to nie wiadomo było dzisiaj, co będzie jutro?. W sali wtedy jeszcze naszego Klubu w Przygórzu, odbyły się dwa zebrania załogi z dyrekcją w sprawie prywatyzacji firmy. Wynik głosowania był negatywny. Załoga nie wyraziła zgody na prywatyzację.
Teraz los firmy był w rękach rady pracowniczej. Mogła ona podjąć samodzielnie decyzję o prywatyzacji, lecz wbrew opinii załogi było to ryzykowne. Znaleziono inne rozwiązanie – referendum z listą. Kiedy Ryszard Lewkowicz (członek rady pracowniczej) zwrócił się do mnie w tej sprawie, zgodziłem się natychmiast. W ciągu dwóch dni miałem już ponad 50%podpisów załogi chętnych do prywatyzacji zakładu. Załoga miała do mnie zaufanie. Sądzę, że gdyby była taka potrzeba zdobyłbym nawet 90% chętnych, ale wystarczyła ta zebrana ilość. Jedna tylko osoba odmówiła mi podpisu; był to pan Jerzy Dudzik, dyrektor ekonomiczny. Byłem tym zaskoczony. Pan Dudzik oświadczył mi, że nie jest przeciwny prywatyzacji, tylko metodzie jaką próbuje się ją osiągnąć. Listy z przeprowadzonego referendum przekazałem radzie pracowniczej, która niezwłocznie podjęła decyzję o prywatyzacji naszego zakładu. Rozpoczęto procedurę prywatyzacyjną w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych u ministra Janusza Lewandowskiego.

Tak więc w 1991roku powstał Zakład Produkcji Automatyki Sieciowej S. A. w Przygórzu. Pierwsze lata po prywatyzacji były trudne. Pamiętam, że namyślałem się czy nie dochodzić do pracy w roboczych butach… Żeby było taniej, bilet na autobus zakładowy wykupywałem tylko w jedną stronę i wracałem z pracy na piechotę. W tym czasie moja żona przebywała na urlopie wychowawczym. Opiekowała się dwójką małych dzieci. W zakładzie oprócz podstawowej produkcji, wykonywaliśmy kioski handlowe i zgrzewarki stołowe. Wielkim wydarzeniem było zakupienie dwóch pierwszych maszyn sterowanych numerycznie. Była to wykrawarka typu Aries i gilotyna do cięcia blach firmy Amada. Do dzisiaj jeszcze pracownicy z podziwem wspominają tę wykrawarkę. Hałasowała, co prawda solidnie, ale była obrabiarką bardzo dokładną i wydajną. Jednocześnie bardzo prostą w obsłudze.
W 1995 roku zostałem wybrany przewodniczącym związku zawodowego „Solidarność”. Mieliśmy (związkowcy) w tym czasie nieco ułatwione zadanie, ponieważ w zakładzie był już tylko jeden związek zawodowy. Z perspektywy czasu okres ten wspominam bardzo dobrze. Współpraca z zarządem układała nam się wzorowo. Pamiętam szczególnie te spotkania związane z podwyżkami płac. Niejednokrotnie były to długie i trudne rozmowy komisji z zarządem spółki. Zdarzyło mi się też uczestniczyć w takiej rozmowie tylko osobiście z panem prezesem Piotrem Baranowskim. Komisja związkowa upoważniła mnie do tego po uprzednich negocjacjach. Zawsze potrafiliśmy się dogadać. Pan prezes ciągle powtarzał, że nie możemy przejadać firmy. Musimy inwestować. Żyć trochę biedniej, ale przetrwać dłużej. Myśmy to doskonale rozumieli. Jako związkowcy i jako pracownicy. To była zasada naszego postępowania. Muszę się pochwalić, że udało mi się dwukrotnie uzyskać podwyżki płac – pomiędzy podwyżkami – dla grupy 10 osób, dla wyróżniających się pracowników wydziału mechanicznego. Pan prezes Baranowski zapytał tylko kierownika tego wydziału (inż. Zbigniewa Machurę), czy rzeczywiście ci pracownicy zasługują na takie wyróżnienie – i sprawa była załatwiona.
Głęboko w pamięci zapadła mi działalność w komisji socjalnej. Tutaj nie wypada nie wspomnieć o pani Alicji Osiadły, szefowej działu kadr. Nie do wiary, w jak krótkim czasie potrafiła opracować regulamin funduszu socjalnego. Praktycznie poza kilkoma zmianami, obowiązuje on dotychczas. Pracownicy naszego zakładu mogli więc otrzymywać bony świąteczne, zapomogi ze względu na trudne warunki życia rodziny, zapomogi losowe a także pożyczki mieszkaniowe. Nasza załoga mogła liczyć na dofinansowanie wczasów. Chyba największą frajdą było to, że nasze dzieci miały organizowane kolonie letnie, a w czasie późniejszym mogły korzystać z wyjazdów na zielone szkoły. Skład komisji przewidywał udział w niej przedstawicieli załogi, związku i zarządu. Tak się szczęśliwie ułożyło, że ludzie ci byli wyczuleni na ludzką biedę i wykazywali się mądrością w podejmowaniu decyzji. Protokół z posiedzenia komisji zawsze był wywieszany na tablicy ogłoszeń.
Pamiętam takie zdarzenie. Odebrałem telefon od jednego z pracowników wydziału PE. Co wy tam robicie w tej komisji?, przyznajecie Witkowi Gaikowi dofinansowanie do wczasów, a on za samą delegację kupił synowi Matiza. Podczas spotkania Witolda na drodze zakładowej, zapytałem go, oczywiście czy musiał to podanie pisać. Szczerze wyznał, że długo się nad tym zastanawiał, ale praca na delegacjach to nie osiem godzin i do domu, ale 10,15 godzin i dłużej. Chodzi o to, żeby jak najszybciej wykonać zadanie i jechać do następnej roboty. Stwierdził, że pracuje więcej od innych i dlatego nie powinien rezygnować z dopłaty do wczasów. Po drugie, delegacja to nie są dochody.

Czas płynął, w zakładzie pojawiło się więcej nowoczesnych maszyn. Powstała także lakiernia proszkowa. Produkcji zaczęło przybywać. Z racji swojej funkcji związkowej raz w miesiącu spotykaliśmy się z komisjami związkowymi z zakładów i szkół z gminy i miasta Nowa Ruda. Zaskoczony byłem reakcją związkowców z kopalni Nowa Ruda – szyb Słupiec na wieść o bliskiej już likwidacji tej kopalni. Byli wręcz tym faktem zachwyceni. Liczyli już sobie godziwe odprawy, które otrzymają, nie mówiąc już o ładnych emeryturach pomostowych. Zrozumiałem, że w tym momencie nasze drogi się rozchodzą; oni się drogo sprzedali pozwalając na likwidację stanowisk pracy, swoich – i w przyszłości swoich dzieci. U nas było odwrotnie, stanowiska pracy były tworzone. Jak mówił pan prezes Baranowski, wy macie pracę – wasze dzieci też będą ją miały. Dzięki zaradności kadry rządzącej zamówień przybywało, pracy było coraz więcej. Produkowaliśmy nawet za granicę. Nasze wyroby kupowały między innymi firmy niemieckie i rosyjskie. Dniówka normalna to było mało, pracowało się nawet po tygodniu więcej niż wynikało to z normalnego harmonogramu pracy. Były płacone godziny nadliczbowe. Prośba pana prezesa, żeby dawać z siebie wszystko, spotkała się ze zrozumieniem załogi. W moim przypadku rekord pracy w ciągu doby wynosi 20 godzin. Okazało się, że nawet dwie lakiernie proszkowe to mało. Powstał nowy zakład, filia naszego Zakładu w Słupcu. Tam też została zainstalowana nowoczesna linia Salvanini, jedna z pierwszych w Polsce.
Nieco wcześniej, na bazie naszego wydziału elektrycznego, powstał w Nowej Rudzie – Drogosławiu, nowy zakład ZPAS-NET. O bardzo wysokich umiejętnościach naszych elektryków zaczęło być już głośno. Kilka lat temu firma angielska ze Świebodzic, przekazała nam kilka szaf do poszycia elektrycznego, bo nie byli w stanie sami tego przerobić. Byli zaskoczeni umiejętnościami naszych fachowców.
Czas jednak nieubłaganie biegnie do przodu. Obecnie możemy pochwalić się , że mamy dwie nowoczesne firmy, które mieszczą się w trzech zakładach. Lecz prawdziwym skarbem firmy jest jej załoga. Zarząd zresztą bardzo słusznie postawił na młodzież. Na wydziałach marketingu , konstrukcyjnym i technologicznym większość już stanowią młodzi, zdolni i doskonale wykształceni ludzie. Jednocześnie pracują tam starsi doświadczeni pracownicy. Dlatego z powodzeniem wdrażane są nowe wyroby, np. paczkomaty. A wspólnie z firmą ELBUD z Bierawy są montowane szafy z przeznaczeniem na platformy wiertnicze w Norwegii. Uważam, że jest to typowy przykład wyrobu dwudziestego pierwszego wieku. W zakładzie mamy wdrożone systemy ISO. Istnieje też komputerowy system zarządzania. W moim przypadku (pracuję obecnie na stanowisku kontrolera dostaw) system ten doskonale się sprawdza. Już 15 minut po dostarczeniu towaru do magazynu, jestem w stanie go odebrać – czyli sprawdzić jakościowo metodą oględzin i pomiarów. W starym systemie było by to niemożliwe. Bardzo dobrym ułatwieniem jest pobieranie rysunków technicznych komputerowo z PDF. Praktycznie w zapomnienie odchodzą już tradycyjne metody potwierdzające dokonanie odbioru jakościowego, tzn. podpis i pieczątka. Teraz czynność ta polega na odpowiednim kliknięciu w komputerze.
W rozmowach z długoletnimi pracownikami zakładu w jednym punkcie jesteśmy zawsze zgodni. Ten zakład pracy, to największe szczęście, jakie nas w życiu spotkało. Zapewniło godziwe życie naszym rodzinom, pozwoliło mi wykształcić moje dzieci. Syn jest informatykiem po Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Córka skończyła ochronę środowiska na tej samej uczelni. Dodatkowo ukończyli również studia podyplomowe. Patrząc wstecz z perspektywy czasu, często zastanawiam się, co tak naprawdę przyczyniło się do sukcesu naszej firmy?.Na pewno oddzielenie się od firmy macierzystej we Wrocławiu, na pewno szybka prywatyzacja, na pewno fakt, że od początku firmą skutecznie zarządza grupa mądrych osób. Zarząd pod przewodnictwem pana prezesa Piotra Baranowskiego stanowi monolit. Nie przesadzę chyba jeżeli powiem, że każdy z jego członków jest geniuszem w swoim rodzaju. Efekty to potwierdzają. Niewiele jest zakładów pracy w naszym kraju, których pracownicy mogą powiedzieć, że pracują w porządnym zakładzie. My nie tylko możemy to powiedzieć, my to odczuwamy na każdym kroku – w pracy zawodowej i poza zakładem. W ostatnich latach odczuwamy ten fakt również finansowo. Mam na myśli dywidendy. Tutaj kojarzy mi się powiedzenie Leonida Teligi, pierwszego Polaka, który opłynął samotnie świat: „ Gdybym miał wielki talent i opisał dokładnie wszystko, co przeżyłem, nikt by w to nie uwierzył.”
Sukces ZPAS – u nie wymaga takich opisów. Wystarczy tutaj przyjechać i zobaczyć. Fakty mówią same za siebie.

Kiedy zobaczyłem, że zastał ogłoszony konkurs pod hasłem „Wspomnienia o ZPAS”, bardzo mi się ten pomysł spodobał. Przecież czas nieubłaganie przemija, w zapomnienie idą ludzie, którzy tworzyli historię tego niezwykłego zakładu. Z rożnych zresztą powodów. Jedni umierają, drudzy odchodzą, kończąc pracę zawodową. Wspomnienia zapisane dają nadzieję, że jednak nie wszystko pójdzie w zapomnienie. Byli moi koledzy, którzy już nie żyją, a właściwie żyją już tylko w pamięci żywych, tych którzy ich jeszcze wspominają. Edward Pilecki, Stanisław Przybylski, Władysław Gromek, Bożena Rakowska, Romuald Grabarczyk, Kazimierz Wojtkowiak, Roman Makola i Włodzimierz Domański. Oni tu byli, pracowali, byli jednymi z nas, a teraz mało kto już ich wspomina. Wspomnienia moje noszą tytuł „ Zwyczajni niezwyczajni”. Chciałem tym samym podkreślić fakt, że tutaj zwyczajni ludzie dokonali niezwykłych rzeczy. Prawdziwi zwyczajni niezwyczajni.

Jugów, 8 lutego 2012.

Korekty redakcyjne
Anna Szczepan
Petr Neuman