Home / 40 lat ZPAS / Wspomnienia o ZPAS – Anna Szczepan

Wspomnienia o ZPAS – Anna Szczepan

Na początku mieszkałam w Klubie…
Mija 35 lat jak po raz pierwszy przyjechałam do Przygórza. Pracowałam wtedy już klika lat we wrocławskim ELWRO, a mąż w ZD IASE. I właśnie stąd przyszła propozycja pracy w Przygórzu. Decyzja została podjęta właściwie z dnia na dzień i już kilka dni później, w słoneczny, wiosenny dzień wjeżdżaliśmy do Nowej Rudy rozklekotanym PKS- em. Zauroczył nas widok kilkupoziomowego miasta (od strony ulicy Kopernika).
Zakładowa „Nyska” już na nas czekała – byliśmy umówieni – jakby to teraz powiedzieć na rozmowę kwalifikacyjną. Kilkanaście minut później znaleźliśmy się w Przygórzu. Zieleń i słońce. I jak szlachecki dworek wyglądający biurowiec. I uśmiechnięty, tak zupełnie po ojcowsku, ówczesny kierownik Zakładu, inż. Władysław Gromek. Rozmowa nie trwała długo, nie widzieliśmy też reszty Zakładu, a do załatwienia zostały tylko formalności i pozamykanie wrocławskich spraw. Mieszkanie na początek, w Klubie, w Przygórzu – było tam coś na kształt hotelu pracowniczego. Mieszkało już kilka osób. Nieżyjący już dzisiaj Włodek Domański ( z którym przyjaźniliśmy się do ostatnich dni jego życia), Marek Komórek i sam dyrektor Gromek. Mieszkała jeszcze Małgosia Szwarc ( teraz gdzieś w świecie), a prawie jednocześnie z nami zamieszkał Jurek Grzymajło ( już na emeryturze, mieszkaniec Przygórza) z żoną i córką i Jurek Piękoś (obecnie w Kłodzku) ze swoją rodziną.

Życie w Klubie przypomniało nam trochę studenckie czasy. Drzwi wszędzie były otwarte, a dzieci w każdym miejscu były u siebie w domu. W przedszkolu, do którego miał zacząć chodzić mój dwu i pól letni wówczas syn, przywitano mnie jak znajomą. Niewiadomą było chyba tylko moje nazwisko. To na pewno nie był Wrocław! I do takich niespodzianek musiałam przywyknąć. ( Teraz, po latach, myślę że życie w małej społeczności nie jest takie złe – nawet to, że wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą; tu człowiek nie pozostaje sam; o wiele mniej niż w dużym mieście jest samotności wśród tłumu.). W Klubie mieszkałam pól roku. Po Wrocławiu czułam się jak na bardzo długich wczasach – piękne widoki, góry, mnóstwo zieleni, bajkowa zima, wszędzie blisko ( we Wrocławiu dojeżdżałam do pracy ponad godzinę), w przedszkolu opieka nad dziećmi taka, że tylko pozazdrościć.
W Klubie na dole była biblioteka ( prowadzona przez Panią Halinę Świtaj; Pani Halina opiekowała się też całym Klubem), a na pierwszym piętrze duża, ładna sala widowiskowa, na której odbywały się zakładowe akademie, sylwestrowe i karnawałowe zabawy, czy też inne imprezy okolicznościowe, i do której mniej więcej raz w tygodniu przyjeżdżało… kino objazdowe z zupełnie niezłymi filmami. Było nam bardzo żal tego Klubu, kiedy kilkanaście lat później przekazaliśmy cały obiekt Gminie. Sami wyposażaliśmy bibliotekę, do sali widowiskowej własnym sumptem szyliśmy zasłony, kupowaliśmy wyposażenie; ten Klub był po prostu nasz.

Pamiętną zimę stulecia (1978/1979) też przeżyłam w Klubie. Sylwestrową kolację szykowaliśmy oczywiście wszyscy razem (mieszkańcy) przy świeczkach, bo właśnie energetyka ogłosiła 21 stopień zasilania. Sukienki też były trochę niedoprasowane, ale to zupełnie nikomu nie przeszkadzało. Część zakładowej sylwestrowej zabawy z sali widowiskowej przeniosła się dość szybko do naszej „części mieszkalnej”, bo u nas grały radia – na baterie; mieliśmy tych baterii zapas na całą noc. No i jeszcze mieliśmy kochery i juwelki ( dla tych, którzy nie wiedzą – to takie turystyczne urządzenia do gotowania), bo elektrycy i elektronicy mieszkający w Klubie to zapaleni turyści – więc gorące napoje też było jak przyrządzić. Tamtą zabawę pamiętam do dzisiaj, chociaż toast noworoczny wznosiliśmy jakimś domowym winem, jako że chłodzący się za oknem, z trudem wówczas zdobyty szampan zaginął tajemniczo w mrokach nocy. A może po prostu butelkę przysypał gęsto padający śnieg? To był dobry czas. Poznawałam ludzi, poznawałam Zakład.
Po kilkuletniej pracy w Elwro – wtedy jednym z najnowocześniejszych zakładów nie tylko w Polsce, znalazłam się w innej epoce ( technologicznej)…. O obrabiarkach sterowanych numerycznie nikt nawet nie marzył, lutowanie na fali to była czysta abstrakcja, a komputer, czy maszyna cyfrowa z jakimi miałam do czynienia w Elwro – zupełny kosmos ( w jak krótkim czasie wszystko się zmieniło!). Na pierwszym zorganizowanym w Zakładzie festynie ( wtedy jeszcze z okazji Dnia Energetyka – bo z energetyką byliśmy związani; pracownicy mieli wówczas oprócz powszechnego deputatu węglowego także zniżkę na prąd), który zresztą odbył się w Klubie i na terenie wokół niego, królował taki wierszyk:
Komputery, komputery, to XXI wiek!
A na mechanicznym człeku, zastój z XV wieku!

Ale mimo „tego zastoju” produkcja – już wtedy – wychodziła bardzo daleko poza granice kraju (Bułgaria, Turcja). Umieliśmy dobrze pracować i równie dobrze się bawić. Jak się pracuje w firmie i jaki jest jej wizerunek, zależy wyłącznie od pracujących w niej ludzi. „Firma to ludzie” jak często powtarza nasz Prezes.
A ja dzisiaj mogę powiedzieć:
Przybyłam tutaj dawno, nikomu nie znana,
a znalazłam dom, pracę i przyjaźń –
można powiedzieć najlepsza wartość dodana.”
Anna Szczepan